Pierwsza Wigilia na Ziemiach Odzyskanych

Morze gruzow. W nich sciezki, ktorymi mozna bylo przejsc z jednego rejonu miasta do drugiego. Gdy zapadal zmierzch, drzwi domow zamykane byly na glucho. Mieszkancy nasluchiwali odglosow strzalow i drzeli, gdy ktos dobijal sie do drzwi. Tak wygladal Szczecin w pierwszym roku zakonczenia wojny.
Zdzislaw Miler wraz z dziewiecioma kolegami wsiadl do pociagu w rodzinnym Wloclawku 27 sierpnia 1945 r. Do wyjazdu na Dziki Zachod namowili mlodych ludzi pracownicy Polskiego Zwiazku Zachodniego, ktorzy sami owego Zachodu nie widzieli.

Jechali nawet na buforach

- Pierwszy etap podrozy przez Bydgoszcz do Gdanska, to byl luksus - wspomina. - Jechalismy pulmanami. Klopoty zaczely sie dopiero w Gdansku.
Na dworcu podstawiono bydlece wagony. Chetnych na Zachod bylo wielu, podroz wiec nie zapowiadala sie wesolo. Na widok klopotow z dalszej jazdy zrezygnowalo polowa kolegow.
Jechali roznie. Raz w srodku, scisnieci jak sledzie, innym razem na dachu, gdzie bylo luzno, a bywalo, ze rowniez przywiazani paskami do buforow wagonu. Pilnowali sie wowczas wzajemnie, by ktorys nie zasnal i nie spadl na tory.
- Dojechalismy do Leborka, gdzie byla pierwsza dluga przerwa. Znudzeni poszlismy zwiedzac miasto. Bylo nie zburzone, jak gdyby wojna przeszla obok. Puste domki i wille do wziecia. Tyle dobra do wziecia za nic. Chcialem zostac, ale koledzy szybko wybili mi to z glowy. Na kolejny pociag czekalismy 12 godzin. Nie narzekalismy. Jedynie glod dawal sie we znaki, bo zapasy z domu dawno znikly.

 1 2 3 … 5 Następny →